Sprawdź jak nas wkręcają deweloperzy

W temacie: Aktualności, Deweloperzy i mieszkania, Porady

W lutym mieszkania najbardziej zdrożały w OpoluDziałają niczym wilki w owczej skórze. Firmy budowlane potrafią zastosować nawet skrajne fortele, by przyciągnąć uwagę do swojej inwestycji. I trzeba im przyznać, potrafią wkręcać klientów jak nikt inny

Ukryta reklama

To jeden z najbardziej udanych sposobów, jaki w tym roku zastosowali sprytni deweloperzy. Udało im się nabrać nie tylko czytelników poszukujących mieszkań, ale i specjalistów ds. nieruchomości, analityków finansowych a nawet i właścicieli konkurencyjnych firm budowlanych. Zaczęło się kilka miesięcy temu. W jednej z lokalnych gazet na południu Polski ukazała się nietypowa reklama, nad którą pracowało kilkunastu speców począwszy od grafików, po pracowników firmy PR a na specjalistach od reklamy i marketingu skończywszy.

Reklama do złudzenia przypominała tradycyjny artykuł. Był tytuł, dobrze skonstruowany lead, nie zabrakło także śródtytułów oraz ładnych wizualizacji. Przeglądając gazetę nawet dobrze zorientowany czytelnik nie mógł zauważyć tego triku. Na jednej stronie przeglądał reklamy zakończonych inwestycji, na kolejnej mógł przeczytać o najlepszym osiedlu w regionie. Deweloper zadbał również o to, by nietypowa reklama ukazała się na całej stronie. Na efekty nie musiał długo czekać, kilkakrotnie wzrosła liczba klientów, którzy po nietypowej reklamie zadzwonili do firmy, by umówić się z handlowcami na rozmowy. Podobnie było w ciągu kolejnych tygodni, klienci nawet zachwalali firmę, że wszyscy o niej tak ładnie piszą. Do redakcji dzwonili także niezadowoleni deweloperzy pytając, dlaczego co tydzień redakcja pisze tylko o jednej firmie. Przekonywali przy tym, że ich inwestycje są równie dobre, o ile nie lepsze od wspomnianej.

Gdy tylko dowiedzieli się, że czytają reklamę sami postanowili skorzystać z podobnej opcji. Ale echo dobrej reklamy rozeszło się po całym kraju. W połowie roku już nie tylko w lokalnych gazetach, ale również w ogólnopolskich mediach zaczęły pojawiać się reklamy, które w całości przypominały dobrze napisany tekst. Za każdym razem tekst był tylko o jednej firmie i jednej inwestycji. Mogliśmy z nich dowiedzieć się o niezwykłych projektach, atrakcyjnych programach wynajmu z opcją zakupu, najwyższej jakości, profesjonalnej obsłudze klienta czy najlepszych materiałach jakie zastosował deweloper przy budowie osiedla. W tekście nie mogło zabraknąć wyrazów kluczy, które mają przyciągnąć klientów do firmy. Mogliśmy przeczytać, że projekt stworzyli najlepsi architekci w kraju, a sama budowla zdobyła już wiele nagród w prestiżowych konkursach. Do tego wszystko zostało tak zaprojektowane, że nawet najwybredniejsi klienci wyjdą z firmy zadowoleni. Zabrakło tylko jednego. Pod tekstami reklamami nikt się nie podpisał.

Na wirtualne metro

Zamieszkaj w parku przy stacji metra lub też bliskość metra i spokojna okolica oto atut naszej inwestycji – w taki oto sposób zachęcają kolejni z deweloperów. Na specjalnie przygotowanej mapce oprócz ładnej wizualizacji inwestor zaznaczył nawet stację metra na warszawskim Targówku. „Dobra komunikacja pozwala dojechać do centrum w 15 minut” – to zdaniem dewelopera kolejny z plusów tej inwestycji. Nigdzie nie widać jednak wzmianki, że w tym miejscu jest jak na razie tylko planowana stacja kolejki podziemnej. Być może za kilka, kilkanaście lat będzie można dojechać metrem do tej warszawskiej dzielnicy. Z ostatnich zapowiedzi stołecznych urzędników wynika jednak, że do 2013 roku ma powstać tylko pierwszy odcinek drugiej nitki metra. Dojedziemy nim tylko na Pragę. O trasie na Targówek ze względu na miliardowe koszty budowy metra nikt nie chce się wypowiadać. To jednak w żadnym stopniu nie przeszkadza specom od marketingu, wykorzystywać logo Metra, jako skutecznego wabika na klientów. W swoich reklamach zaznaczają nawet odległość, jaka będzie pomiędzy daną stacją, a osiedlem budowanym przez ich firmę. W taki sposób postępuje nawet kilka dużych firm budowlanych. Bliskość metra kusi potencjalnych klientów nie na tylko na Pradze, Bemowie, Woli a nawet i Wawrze. Jeden z inwestorów zaznaczył stację metra tuż przy swoim budynku na Białołęce. Celowo? A może zapomniał, że w najbliższych latach na Białołękę zamiast metra ma jeździć szybki tramwaj?

Wspaniale (dorysowana) infrastruktura

Metro to jednak nie jedyny wabik, który ma zwabić kupujących do danego dewelopera. Kolejnym bajerem, którym raczą nas deweloperzy są planowane drogi ekspresowe a nawet obwodnice miast, o których się mówi od wielu już lat. Ba, w specjalnych broszurach wydawanych przez inwestorów możemy zobaczyć jak łatwo i szybko dojedziemy w inny zakątek miasta. Jedna z firm budująca m.in. w warszawskim Ursusie zaznaczyła już drogę ekspresową S8, południową obwodnicę Warszawy a nawet ulicę Nowolazurową, którą miasto w zeszłym roku odłożyło, ze względu na cięcia budżetowe na najbliższe, niestety bliżej niesprecyzowane plany. Żeby tego było mało konkurencja postanowiła wybudować więcej i dostawiła w pobliżu swojego osiedla stację kolejową Ursus Niedźwiadek. Nie warto jednak kierować się tą broszurą, bo możemy źle wysiąść. Zamiast obejrzeć mieszkanie w Ursusie pojedziemy do Piastowa. Ta stacja jest na pewno.

Inny z inwestorów wybudował nawet ulicę Puławską bis, która zmierza prosto do jego osiedla pod Warszawą. Kolejny chwali się budową Czerniakowskiej bis i jej dogodnym połączeniem ze swoim osiedlem.

Największymi budowami mogą pochwalić się deweloperzy, którzy budują osiedla w Wilanowie. Klienci dostają ulotki, na których nie tylko są zaznaczone nowe inwestycje, ale i kilka nowych tras, których próżno szukać na mapie Warszawy. Posiłkując się tymi ulotkami trudno trafić w wybrane miejsce, łatwiej wjechać komuś na plac budowy lub w nieoznakowane pole. Ale na mapkach drogi są. Czego urzędnicy jeszcze nie zatwierdzili lub miasto nie wybudowało, z tym firmy deweloperskie nie miały najmniejszych problemów. Tak powstała m.in. Aleja Rzeczypospolitej, ul. Płaskowickiej bis czy kilku mniejszych uliczek, które tworzą wspaniałą infrastrukturę w nowobudowanej dzielnicy. Z ulotek wynika, że bez trudu dotrzemy w wybrane miejsce, a na Ursynów dojedziemy niemal natychmiast osiedlowymi uliczkami niemal spod własnego mieszkania.

Własne mapy z doklejonymi inwestycjami

Kolejnym polem do popisu są specjalnie przygotowywane mapy miast z planowanymi inwestycjami, które rozdawane są klientom podczas targów mieszkaniowych lub drzwi otwartych. Tu pomysłowość pracowników marketingu nie zna granic. Jedna z firm budowlanych zaznaczyła w Warszawie przebieg Mostu na Zaporze, a także przebieg Mostu Południowego. Osoby, które chciały kupić mieszkanie lub dom w dzielnicy Wawer na pewno chciałyby się dowiedzieć gdzie jest wjazd na te mosty, by skrócić sobie czas dojazdu do pracy. Z mapy wynika, że stolica nie ma żadnych problemów z budową mostów. Być może jest to jasny sygnał dla urzędników stołecznego ratusza, że powinni bliżej podpytać dewelopera jak on „naniósł” w tak szybkim czasie dwa mosty w Warszawie.

Mieszkańcy Warszawy, zwłaszcza prawie 80 tysięczna społeczność Białołęki od kilku już lat nie mogą doczekać się Mostu Północnego, a tu na targach spotyka ich taka niespodzianka. Most na mapie już jest, kolejne dwa są lub będą wkrótce (to zależy jaką otrzymaliśmy mapę). Na specjalną nagrodę budowlańca PRL-u zasłużył fachowiec od marketingu, który na mapie Warszawy zlikwidował jedno ze znanych stołecznych rond. Nie sposób dojechać w to miejsce, zwłaszcza, że w pobliżu ciekawe osiedle buduje konkurencja.

Ostatnie mieszkania!

To utarty i sprawdzony sposób na klientów. Dalej w zależności od twórczości dewelopera dochodzą super hasła typu: Kupuj, tylko teraz. Ty też możesz stać się właścicielem mieszkania w atrakcyjnym miejscu.

Co zrobić, gdy klient się waha: kupić czy nie kupić mieszkania na tym osiedlu? Na kogo jak, na kogo, ale na firmy budowlane zawsze można liczyć. Zostały nam tylko dwa ostatnie mieszkania informuje jeden z inwestorów, inny zapewnia, że tylko jedno mieszkanie czeka na szczęśliwca, który się szybko zdecyduje. Jedna z firm przez kilkanaście miesięcy stosowała tę taktykę, za każdym razem informując, że to już końców serii. Jeden z klientów nie krył zaskoczenia, gdy na miejscu okazało się, że może wybierać spośród kilkunastu mieszkań. – W tym bloku prawie nikt nie mieszkał – napisał do redakcji. A promocyjna cena, która miała przyciągać w niczym nie przypominała promocji. Klient bez trudu znalazł mieszkanie kilka kilometrów bliżej centrum stolicy, za które zapłacić ponad 1 tys. zł mniej na każdym metrze kwadratowym. A wspaniałą ofertę ostatnich mieszkań przegląda sobie do dziś.

Ceny od

To jeden z najlepszych deweloperskich sposobów jak przyciągnąć klienta do siebie. Gdy właściciel podwarszawskiej firmy budowlanej zorientował się, że po 6 tys. zł nikt nie kupi jego luksusowych lokali nakazał swoim pracownikom wymazać starą cenę z reklamy. Początkowo w jej miejsce pojawiła się kwota ponad 5 tys. Później na reklamie inwestycja przyciągała wzrok niską ceną. Apartamenty już od 4 tys. zł .Dziś tę metodę praktykuje większość firm sprzedających nieruchomości. Szef działu marketingu jednego z pomorskich inwestorów przyznaje wprost: Tu działa czysta psychologia. Klient widzi niską cenę i zaczyna myśleć tylko o naszej inwestycji. Nie ma znaczenie ile takich mieszkań sprzedajemy, ważne jest tylko, że na ten haczyk łapie się coraz więcej osób – mówi. W swojej reklamie firma stosuje tę metodę od początku kryzysu. Za każdym razem do działu sprzedaży dzwoni ponad dwa razy więcej osób zainteresowanych kupnem mieszkania niż po zamieszczeniu zwykłego ogłoszenia.

Zdaniem dyrektora marketingu pomorskiej firmy jeszcze dwa lata temu najciekawsze były akcje deweloperów z bonusami. Przez dwanaście miesięcy deweloperzy kusili darmowymi kuchniami, łazienkami, wakacjami w dowolnie wybrany zakątek świata a nawet nowymi samochodami. – Większość z tych „promocji” okazywała się jednak lipna. Klienci złapani na takiego wabika najczęściej słyszeli, że już ktoś skorzystał z promocji, natomiast im się oferuje „niezły lokal w super cenie” – przyznaje dyrektor. Takie deweloperskie połowy skończyły się jednak wraz z nastaniem kryzysu. Dziś łowi się nieco inaczej. Haczykiem jest cena z gwiazdką. Bywa tak, że deweloper oferuje np. mieszkanie za 5555 zł*. Jednak szukając drobnego maczku i gwiazdki dowiadujemy się nagle, że takie lokale są tylko dwa, w dodatku kawalerki i do tego jeszcze oferta była lub jest ograniczona czasowo. Jeden z warszawskich deweloperów w ten sposób ma widełki od 5 do 9 tysięcy zł. Większość mieszkań kosztuje po 8 – 9 tys. zł. Inny za cenę od 9 tys. zł oferował nam tylko jedno mieszkanie na parterze, pozostałe ceny zaczynały się od 13 tys. zł.

Na skraju miasta

Daleko od zgiełku, a blisko do centrum lub chociażby ostatnio modny Twój warszawski adres. Z tej metody korzystają najczęściej niewielkie firmy, które większość swoich inwestycji mają poza dużymi miastami, najwięcej takich buduje poza stolicą. Często budowlańcy wykorzystują fakt, że w stolicy mają jedną inwestycję. Do niej dołączają pozostałe budowle, wszystko pod hasłem rynek warszawski.

Jeden z inwestorów bez najmniejszych ceregieli do mapy Warszawy dołączył nawet kilka ościennych powiatów. Na pierwszy rzut oka stolica znacznie się rozbudowała, trzeba dobrze się przyjrzeć, by zauważyć ten wabik. Ale to zagrywka celowa, wszystko po to, by utrzymać warszawskie ceny na – jak przyznaje sam deweloper – naszą wymarzoną nieruchomość. W ten sposób możemy stać się posiadaczami mieszkania lub domu w zabudowie szeregowej w bajecznie niskiej cenie jak na warszawski rynek. Podczas rozmowy z klientami mówi, że do Warszawy jest bardzo dogodny dojazd i to tylko kilka kilometrów stąd. Późnej następuje wyliczanie plusów podmiejskiej inwestycji, oraz spacer po pobliskim parku i widok z domu pokazowego na oczko wodne. Jak nam przyznaje właściciel firmy, specjalnie przeszkolenie przez niego handlowcy obiecują wszystko, czego tylko klient sobie zażyczy od pomocy przy załatwieniu wszelkich formalności, po zdobycie kredytu i nie wypuszczą klienta dopóty, dopóki ten nie podpisze z nimi wstępnej umowy na zakup domu.

Kilka renomowanych firm zachwala kupującym super oferty w jeszcze inny sposób.Za 3 lub 4 tysiące możemy bez trudu kupić mieszkanie na wschodzie, zachodzie czy też południu czy północy Warszawy. Szkopuł w tym, że gdy jedziemy na miejsce, okazuje się, że to nie Warszawa, a niewielkie miejscowości oddalone od kilkuset metrów od stolicy do kilku kilometrów od ich skrajnych dzielnic. Jeden z deweloperów sprzedając swoje mieszkania w rubryce adres wpisuje Warszawa-Piaseczno. Chociaż z Piaseczna do warszawskiego Ursynowa jest niewielka odległość to mimo wszystko jest to niezależne od stolicy miasto, przedzielone jeszcze jedną małą miejscowością. Ale o tym nie zawsze wiedzą klienci, zwłaszcza ci spoza stolicy.

W ogóle temat lokalizacji deweloperzy traktują bardzo wybiórczo. Zwykło się mówić „inwestycja dobrze skomunikowana, w zielonej okolicy, blisko centrum”. Z tym też bywa różnie. Najczęściej okazuje się, że dobra komunikacja jest dopiero w budowie, a do centrum trzeba pedałować aż 40 km. Taką praktykę „dobrej lokalizacji” zastosował jeden z warszawskich deweloperów budujący domy na przedmieściach stolicy.

Wyłącznie dla naszych klientów

To w ostatnich tygodniach mocno podkreślany argument w reklamach i ogłoszeniach. W kolorowych chmurkach, rameczkach lub kwadracikach widzimy: Bank XYZ przygotował specjalną ofertę kredytową, z której możesz skorzystać tylko u nas. Pierwsza myśl: Jaki to wspaniały bank, jaka super firma, tu kryzys a oni specjalnie dla mnie tak się poświęcają. Czytamy dalej i tu niespodzianka. Inny przedstawiciel budowlanki również chwali się, że tylko u niego dostaniemy preferencyjny kredyt mieszkaniowy z dopłatami BGK. Najlepsze warunki na rynku dostaniemy, jeżeli zdecydujemy się kupić mieszkanie w jego inwestycji. Przeglądamy dalej ogłoszenia i okazuje się, że ten sam bank, co w pierwszym przypadku przygotował równie ciekawe oferty wspólnie z innymi firmami budowlanymi, a każda wydaje się być najlepszą z najlepszych. Powtarza się także i drugi przykład. Tu super oferta, którą mogliśmy dostać u poprzedniego dewelopera jest na zupełnie inną inwestycję. Jeżeli dobrze poszukamy to bez trudu znajdziemy podobne okazje tylko pod innym szyldem. Zamiast najlepszej oferty, czeka na nas super oferta, specjalna oferta kredytowa, rewelacyjne programy kredytowe i kilka innych skrojonych na naszą kieszeń kredytów.

Oczywiście z reklam wynika, że powinniśmy szybko podjąć decyzję, bo oferta ważna tylko teraz, inna była do końca maja, kolejna ważna jeszcze przez tydzień itd.

Małe wycinanki i zamiast ulicy mamy deptak

Niezłe kwiatki znajdziemy w samych reklamach, wystarczy porównać wizualizację ze stanem rzeczywistym. Tu pomysły handlowców i speców od reklamy mogą nas naprawdę zaskoczyć. Rendering to dziś najmodniejszy sposób na pokazanie nieatrakcyjnej inwestycji w nieciekawej okolicy. Polega on na podkolorowaniu otoczenia, wycinaniu sąsiadujących z inwestycją fabryk czy cmentarzy.

A deweloper, który wybudował wspaniałe osiedle przy jednej z głównych arterii warszawskich w swojej wizualizacji po prostu wyciął niemal zawsze zakorkowaną ulicę, a w jej miejsce wstawił śliczny deptak, na którym widzimy zadowolonych, spacerujących mieszkańców. Jeden z naszych czytelników podesłał nam wizualizację inwestycji, na której z okien możemy cieszyć się widokiem ślicznego parku. Inaczej wyglądało to samo miejsce na zdjęciu. Tu doliczyliśmy się tylko ośmiu drzew. Dział handlowy wyjaśnił nam, że drzewa mają pojawić się w ciągu kilku lat. Zapewne same wyrosną z ziemi.

W rendering bawili się również spece od marketingu oferując mieszkania na warszawskiej Białołęce czy Wilanowie. Pamiętacie te galerie handlowe w pobliżu osiedli, sklepy, kawiarnie, deptaki czy ulice dojazdowe? Białołęka miała być nowoczesną dzielnicą z całą tą infrastrukturą. Wilanów był z kolei reklamowany jako nowe, imponujące centrum stolicy, do którego będą przyjeżdżali mieszkańcy innych dzielnic nie tylko na zakupy, Efekt? Nowy Wilanów przypomina dziś betonową pustynię, a na Białołęce wielu młodych ludzi chce pozbyć się swoich mieszkań schodząc ponad 100 tysięcy z ceny, W kuluarach podobno mówi się, że to największa dzielnica wyprzedaży w stolicy.

Ominąć pewne fakty

Jak zareklamować swoją inwestycję, by nie zrazić kupujących np. położeniem? Jedna z firm zamiast napisać wprost: mieszkanie przy dużym węźle komunikacyjnym chwali się, że jej inwestycja położona jest tylko 6 km od Pałacu Kultury. Licząc po linii prostej toż to samo centrum. Nic bardziej mylnego. Wiecznie zakorkowane skrzyżowanie ma zostać całkowicie przebudowane, a to oznacza niema dwa lata uciążliwej budowy dla przejeżdżających tą trasą. Wystarczy sobie przypomnieć, co działo się w zeszłym roku w stolicy gdy przez kilka miesięcy była remontowana ulica Puławska. O takich drobiazgach jednak nie warto wspominać w ulotkach czy broszurach reklamowych.

Sam pomysł podawania kilometrów zamiast dokładnych dzielnic czy miejsc tak spodobał się konkurencji, że zaczęto go stosować niemal hurtowo. I tak kolejny deweloper chwali się, że przyszli mieszkańcy będą mieli tylko 5 km do centrum. Zapomniał dodać tylko, w którym kierunku.

Inna firma również zamiast podać skrajną część miasta graniczącą z polami sąsiedniej wsi podaje liczbę kilometrów, jaką trzeba pokonać, by dostać się do Pałacu Kultury. Patrząc na mapkę widzimy jednak, że 8 km wystarczy, by wyjechać z miasta. W ostatnich latach deweloperzy unikali podawania niewygodnych, uciążliwych ulic, którymi trzeba było dojechać do ich inwestycji. Jedną z takich ulic była Powstańców Śląskich. Przez prawie 20 lat miasto toczyło bój z kilkoma rodzinami o dom, przez który ulica z trzech pasów zmieniała się w jeden. Dojazd na Bemowo w godzinach szczytu dłużył się niemiłosiernie. Zdaniem handlowców w czasie rozmów z klientem nie warto również wspominać o planowanych remontach czy okolicznych budowach. Gdy klient zapyta o remont należy udzielić mu krótkiej informacji, że już wkrótce będzie miał dogodne połączenie drogowe. Gdy zapyta o sąsiednie osiedle lub pobliskie nowopowstałe biurowce nie należy podawać liczb, gdyż szybko zorientuje się, że w całej okolicy będą problemy z parkowaniem. Mówić wypada tylko o zaletach inwestycji i plusach jakie otrzyma kupujący.

Promocje na niby!

Z tego pomysłu korzysta większość firm budowlanych. Bez trudu znajdziemy takie, które co miesiąc, a niektóre nawet i dwa razy w miesiącu mają kolejną nową ofertę z zaznaczoną promocją, popularnie nazywaną przez kupujących promocję popromocyjną. Najczęściej inwestorzy przekonują nas tak: Super promocja. Tylko u nas. Nie mam nic przeciwko promocjom, bo większość kupujących zwraca uwagę na takowe. Problem w tym, że ta super promocyjna cena w niczym nie różni się od tej sprzed dwóch, pięciu a nawet dwunastu miesięcy poza nazwą.

Od początku roku mieliśmy już do czynienia z promocją noworoczną, później najczęściej pojawiły się promocje walentynkowe, karnawałowe, wystrzałowe, wiosenne, specjalne, do końca marca, która później została zamieniona na kwietniową. Bardzo popularne były promocje majowe, a teraz mamy już do czynienia z wakacyjnymi. Nie zabrakło i dodatków. Gdy tradycyjne wabiki nie pomagały były też takie, które nazywały się „Super cenami”, „Ofertami specjalnymi” czy „Atrakcyjnymi cenami”. Ale w ostatnich tygodniach deweloperzy sięgnęli po nową metodę. Jeden z deweloperów w kwietniu podniósł cenę o kilkaset złotych na metrze kwadratowym i domalował do tego duże hasło pt. Nowa promocja. Jak nam przyznał, zrobił to celowo, gdyż większość klientów gotowa jest kupić mieszkanie, jeżeli dostanie specjalny rabat od handlowców. I o te kilkaset złotych handlowcy mogli schodzić z ceny podczas negocjacji. Właściciel firmy budowlanej przekonuje, że wszyscy są zadowoleni z takiego rozwiązania. Klient jest przekonany, że kupił taniej, deweloper nic nie stracił. Dziś podobną taktykę w samej tylko Warszawie realizuje już kilku inwestorów.

Ale to nie wszystko. Dziwne promocje są już na porządku dziennym. Tak samo jak wyprzedawanie w pierwszej kolejności najgorszych lokali. Taka praktyka stała się popularna zwłaszcza w kryzysie, kiedy promocja i obniżka cen stała się koniecznością dla wielu deweloperów. Co sprytniejsi postanowili wykorzystać ten moment na sprzedaż mieszkań, których „opchnięcie” w normalny sposób nastręczałoby najwięcej problemów. Tak, więc w pierwszej kolejności promocją są obejmowane mieszkania nad śmietnikiem, ze złym widokiem z okna, przy ruchliwej ulicy czy nad trakcją wysokiego napięcia, tak jak postanowił zrobić jeden z krakowskich deweloperów.

Gotowe, (nie) do zamieszkania

Na tym jednak nie kończą się chwyty speców od reklamy. Modne jest mówienie o stanie deweloperskim, nie o niewykończonym domu, tak samo jak nikt nie wspomina o tym, że na tzw. mieszkania pod klucz często trzeba czekać kilka dobrych miesięcy zanim się wprowadzimy. Wiele firm podając niższe ceny nie informuje, że lokal będzie w stanie deweloperskim. Inni zachwalają gotowe mieszkania wykończone pod klucz, ale nie wspominają przy zakupie, że za to dodatkowo kosztuje. My zapytaliśmy. Współpracujące firmy budowlane życzą sobie minimum 400-500 zł za każdy metr kwadratowy. Nieco lepsze wykończenia kosztują średnio 800 zł za mkw., a luksusowe zaczynają się od 1,2 tys. zł za metr kwadratowy. Nie ma ukrytych gwiazdek ani zdań pisanych małym druczkiem, ale nie wszystkie firmy w tej cenie umeblują nam łazienkę i kuchnię. To często jest dodatkowy koszt. Jak mamy zapas gotówki to zamieszkamy już po dwóch, trzech miesiącach. Jeśli planujemy sami wszystko zrobić w najbliższym czasie to warto poszukać sobie lokalu zastępczego na minimum sześć miesięcy.

Kto robił remont w mieszkaniu doskonale wie o czym mówię. Ostatnio jeden z warszawskich deweloperów kolejny już raz zorganizował dni otwarte w jednej ze swoich inwestycji. Każdy mógł zobaczyć i kupić gotowe mieszkania lub domy. Na miejscu okazało się, że gotowy jest tylko dom pokazowy. Kilkadziesiąt sąsiednich domów – jak przekonywał handlowiec – jest już prawie gotowych, ale z przyczyn technicznych nie można było zobaczyć stanu zaawansowania robót. Dzień później zapytaliśmy, więc pracowników przebywających na budowie o stan gotowości budynków. – Do końca wakacji to może i one będą gotowe. Jak na razie to one nie nadają się do zamieszkania – usłyszeliśmy od pracujących tam murarzy. Takie prawie gotowe dobre okazje można spotkać na każdym kroku. Jeden z naszych czytelników z Katowic zwrócił uwagę, by przyjrzeć się bliżej katalogowi „dobrych okazji” deweloperów. Może się np. okazać, że deweloper parking nazywa garażem, a apartamentem mieszkanie niespełniające nawet w 10 proc. warunków apartamentowca, jak choćby wysokość i powierzchnia lokalu. Tak jest w przypadku jednego ze śląskich deweloperów, który wybudował cały kompleks takich „apartamentów”.

Same naj,naj, naj

To w większości przypadków same przechwałki deweloperów, na które w większości już nie dają się nabrać klienci. Inwestorzy sami zresztą przyznają, że każda nie do końca prawdziwa informacja w ogłoszeniu po pewnym czasie obraca się przeciwko nim samym. Gdy jeden z deweloperów pochwalił się że oferuje „Najlepszą inwestycję na Woli” konkurencja nie kryła oburzenia tą reklamą. Najlepsza może być tylko jedna z inwestycji. Na pewno nie jest to ta inwestycja – mówili zgodnie budujący w tej dzielnicy mieszkania. Wielu jednak deweloperów nie kryje, że dobrze dobrane hasło potrafi zakryć wady inwestycji. Przekonują, że slogan ma przyciągać klientów i musi być zapamiętany. Jak to wygląda na co dzień? „Nowe mieszkania na nowe czasy”, „Znalazłeś najlepszy adres”, „Mieszaj inaczej”, „Spełnij marzenia o mieszkaniu idealnym”, „Nie uwierzysz! Stać cię na mieszkanie w centrum”, „Niezwykły projekt”, „Tak jak wolisz”, „Królewska inwestycja”, „Nowoczesna inwestycja”, „Inny punkt widzenia”, „Mieszkanie w dobrym klimacie”, „Tak chciałbyś mieszkać” czy chociażby „Zamieszkaj po właściwej stronie Wisły”. Prawda, że można wpaść w pułapkę szukając tej jednej jedynej wymarzonej inwestycji?

Nie brakuje też ekskluzywnych apartamentów, super rezydencji czy nowych dzielnic mieszkaniowych. W stolicy powstały już Nowe Bielany, Nowa Praga, Nowe Włochy czy Nowy Wilanów. W planach jest nawet Nowy Żoliborz. Oczywiście nie może zabraknąć i innych przechwałek najczęściej są one zamieszczane tuż obok ładnej wizualizacji. Krótkie, ale konkretne hasła mają nas przekonać, że dobrze wybraliśmy. Najczęściej są to informacje o unikalnym projekcie, wysokiej jakości materiałów, placach zabaw dla dzieci, dogodnym położeniu, niskiej zabudowie, bliskości terenów zielonych i centrów handlowych, a także cichej okolicy. Również te informacje kupujący traktują z przymrużeniem oka.

Gdy jeden z deweloperów reklamował swoją inwestycję w Urusie, jako ciche miejsce, z którego wszędzie jest blisko od razu na licznych forach internetowych rozgorzała dyskusja na ten temat. „W Ursusie cicho?? Są miejsca w Ursusie gdzie nie da się żyć. Dlaczego nikt nie mówi o latających, co 3 minuty w dzień i co 5 minut w nocy samolotach? Są tak nisko, że widać emblematy linii lotniczych” – pisał internauta, który kupił mieszkanie w tej dzielnicy. Inni też nie zostawili złudzeń: „Przyszli mieszkańcy nowych bloków budowanych obecnie na granicy Ursusa i Piastowa będą dodatkowo zachwyceni pociągami towarowymi. Pociągi osobowe od strony ulicy Orląt Lwowskich też często nie dają żyć. A dojazdy? Dojechanie autobusem z Ursusa gdziekolwiek to wyprawa na minimum 50 minut. Można dojechać autobusem do pociągu jak ktoś kocha przesiadki. Rano pociągi są tak ciasne, że ciężko się do nich dostać” – napisał inny mieszkaniec Ursusa.

Rodzinny wabik

Inwestycja objęta kredytem „Rodzina na Swoim” cieszy się dużym zainteresowaniem wśród kupujących. Deweloperzy przyznają, że chcą wykorzystać tę popularność. Wiele inwestorów w ogłoszeniach podaje informację, że ich firma również przyłączyła się do tego projektu. Nie zawsze jest to informacja do końca prawdziwa. Jedni inwestorzy owszem mają w sprzedaży takie mieszkania, ale tylko w jednej ze swoich inwestycji i to akurat nie tej, w której my szukamy. – No, ale skoro już państwo jesteście to może zdecydujecie się na ten lokal – usłyszymy od handlowca. Wiele Inne firmy też zachęcają do zakupu mieszkań objętych kredytem „Rodzina na Swoim”, ale gdy przyjedziemy na miejsce okazuje się, że tylko dotyczy to tylko kilku lokali. Sposobów, by przyciągnąć kupujących na tzw. rodzinę sprzedawcy mają o wiele więcej. Wchodzą w ten projekt między innymi po to, by być kojarzonym z niższymi cenami sprzedaży. Bądź, co bądź klient mógłby zyskać ponad sto tysięcy złotych w ciągu ośmiu lat spłacania kredytu. Jakiś czas temu znana warszawska firma ogłaszała się, że wszystkie mieszkania, jakie wybudowała spółka są objęte rządowym program dopłaty. Większość czytających ogłoszenie nie zauważyła jednak bardzo małego druczku, że sprzedaż dotyczy tylko jednej inwestycji ulokowanych w mało wymarzonej przez kupujących dzielnicy.

Na gadkę szmatkę

Na pewno pamiętacie te teksty sprzed roku czy dwóch lat: „Kupujcie teraz, bo taniej nie będzie”, „Nie przewidujemy żadnych zniżek na nasze mieszkania”. Deweloperzy chcąc zachęcić klientów do kupowania mieszkań uważali, że warto stosować proste, ale często skuteczne metody psychologiczne. Wielu z nich jednego dnia zarzekało się, że nie planują w najbliższych miesiącach żadnych obniżek cen mieszkań, po czym już po tygodniu stosowali 5, 10 a nawet i 20 procentowe promocje. Później przyszedł kryzys więc zmienili trochę teksty. Mówili, że wstrzymują rozpoczęte inwestycje, niektórzy walili jeszcze z grubszej rury i wmawiali nam, że w najbliższych latach niczego nie będą budować. Minęło raptem kilka miesięcy od rozpoczęcia kryzysu i nagle zewsząd słychać o nowych inwestycjach, a nawet i dzielnicach. Z wypowiedzi dyrektorów wielu firm wynikało, że w ciągu najbliższych miesięcy zabraknie nowych lokali i ceny mieszkań wrócą do poziomu sprzed dwóch lat. I co? Miesiąc w miesiąc słyszymy, że ceny mieszkań spadają, a w najbliższych miesiącach czekają nas kolejne spadki. Ostatnim echem, które próbowało coś namieszać na rynku była informacja, że ceny mieszkań spadły już do poziomu tych sprzed trzech lat. Niewiele osób w to uwierzyło. Wystarczy choćby poczytać wypowiedzi na forach, by przekonać się, że to kolejna wkrętka, na jaką próbują nas zwabić inwestorzy. Ale kupujący nie dali się na to nabrać.

źródło: Gazeta Dom

Tagi: , , , , , , , ,

One comment
Skomentuj »

  1. Deweloperzy są bardzo specyficznymi sprzedającymi gdyż rynek, na którego polu działają nie jest łatwy. Manipulacje są używane na każdej płaszczyźnie lecz My – zazwyczaj jako klienci, jestesmy już tak na nią odporni, ze bardzo trudno jest zauważyć jakis ‚spisek’.
    Artykuł ciekawie opisuje to co dzieje sie w marketingu nieruchomościowym, dlatego też napewno wielu czytajacych go, na przyszłość bedzie patrzyło z różnych perspektyw.

Skomentuj